Kiedyś związana byłam z instytucją, która ma pomagać ludziom, którzy nie noszą masek. Ich prostota i szczerość jest nieoceniona, jednak jak każdy człowiek mają pewne ograniczenia wynikające - w tym wypadku - z upośledzenia umysłowego. Moja praca była piękną ideą i szalonym wyzwaniem oraz - a może przede wszystkim - spełnieniem zawodowego marzenia!
Spotkałam w niej wielu dobrych i oddanych tematowi ludzi, którzy musieli albo tkwić w dziwnym systemie atmosferki walcząc z wewnętrzną frustracją i chorym środowiskiem, albo pożegnać się z posadką.
Mobbing, zastraszanie, dziwne krucjaty, podkopywanie, oskarżanie, kłamanie - oto co człowiek człowiekowi zgotował w pracy. Wszyscy wspaniali i wielcy mówią: "zdystansuj się", "nie myśl o tym", "rozgranicz życie prywatne od zawodowego", ale ja chyba jestem za tępa na to... Osiem godzin pracy w specyficznych warunkach może nawet z twardzioszki zrobić miękką srakę...
Po kilku latach postanowiłam odejść. Otuchy dodawał mi mój partner, który widział co się dzieje ze mną, gdy kolejny raz ktoś w wyniku oszczerstwa cierpiał. Może jestem na tym punkcie nadwrażliwa, ale z drugiej strony osoby bez empatii nie nadają się do pracy z innym istnieniem, które potrzebuje pozytywnych wzmocnień. Chyba, że się mylę...
Człowiek patrząc na nieszczęścia i nieszczere sytuacje zaczyna świrować w szczególności, gdy nie może powiedzieć prawdy - tak po ludzki, prosto w oczy... Nie ma się oparcia w szefostwie, które ceni sobie wygodę i idzie na łatwiznę słuchając jednej strony, która kłamie i buduje sobie odpowiednie tło. W innym wypadku nie uchodziłaby za dobrego pracownika, bo potrafi zaoferować jedynie donosicielstwo...
Ludzie zarzucają sobie, że kłamiemy i jesteśmy wobec siebie nieszczerzy. A może by było łatwiej jakbyśmy byli prostolinijni? Tylko jest pewien problem - ludzie nie chcą słyszeć złych rzeczy o sobie. Nie chcą dopuścić głosu rozsądku. Ich egocentryzm i egoizm jest tak rozkapryszony i rozbudzony, że za nic w świecie nie chcą znać swoich małych niedociągnięć.
W żadnym wypadku nie chcę się wybielać, bo mam multum wad, ale na miłość Boską - dajcie żyć innym w pracy! Nie można podkopywać pod sobą dołków. Kasa nie jest, aż tak ważna! Owszem, pozwala spełniać marzenia, ale nie bądźmy hitlerowskim nasieniem... nie trzeba terroryzować innych!
Wracając do meritum sprawy - zmiana pracy - w szczególności dla młodej kobiety o wykształceniu humanistycznym - jest wyzwaniem. Nie dość, że mamy kryzys i brak normalnych ofert od normalnie płacących pracodawców, to do tego jesteśmy (kobiety) skazane na pewne dodatkowe obciążenia. Pracodawcy wolą w pracy widzieć mężczyzn i nie chodzi tu tylko o ciążę... w pracy społecznika przydaje się siła fizyczna (wiele rzeczy może się wydarzyć), do tego lepiej pracuje się z facetem niż babą, która sieje intrygi... na szczęście (o ironio!) owe zawody są tak źle opłacane, że dla płci brzydkiej etat społecznika jest tylko poczekalnią...
Pracy szukałam przez okres ponad 5 lat - chciałam pracować w szkole, tak stosownie do wykształcenia... ale... no właśnie... okazało się, że nie da rady, bo albo etatów brak, albo są wolne, ale zarezerwowane dla nauczycieli już pracujących. Po co? Proste - nadgodziny i kasa... przykre, ale prawdziwe. Raz nawet było blisko, ale nie dogadaliśmy się dyrekcją - zresztą, nieistotne... kadencja persony kończy się za lat kilka...
Nie udało mi się, ale nie znaczy to, że nie będę dalej próbować. Jestem uparta i może kiedyś uda mi się wstrzelić w odpowiedni moment.
W międzyczasie szukałam różnych ogłoszeń, wysyłałam maile, listy z CV i papierkiem motywacyjnym, ale większość zostawała bez odpowiedzi albo z informacją, że brak wolnego etatu. No i w tym roku, ku mej lekkiej radości, znalazłam wakat w budżetówce...
I od 1 września ruszam... z sercem wielkim obaw i trosk, bo nie jest to niestety praca moich marzeń. Takową właśnie porzuciłam, bo sytuacja w pracy nie pozwala ani się rozwinąć, ani zdrowo funkcjonować... może i tam coś się kiedyś zmieni...marzenia...